Pełen frustracji bieg bez celu, czyli kilka słów o minionych miesiącach

23/09/2018

Dotarłam do momentu, w którym frustruje mnie całe moje życie. Związek, rodzina, praca, ludzie, którymi się otaczam. Gonię za czymś, ale w gruncie rzeczy sama nie wiem, za czym konkretnie, więc jest to szaleńczy bieg bez celu, po którym łapię zadyszkę niemalże taką samą, jak po treningu z Ewą Chodakowską (dotrwałam do połowy, bo byłam prawie pewna, że umieram).

Blog miał być miejscem pozytywnym, gdzie będę lubiła wracać. Miejscem, które będzie się kojarzyło nie tylko mnie, ale również pozostałym osobom z ciepłymi myślami, spokojem i szczęściem. Z dobrym życiem, radosnymi chwilami, harmonią i własnym rytmem. Tymczasem w natłoku myśli, zgubiona w prozie życia nie miałam po co tu zaglądać i pisać. Brakowało i nadal brakuje mi motywacji, brakuje mi celów, do których zmierzam. Nawet jeśli pojawiają się jakieś, to nie są to moje cele, a rzeczy, których inni ode mnie oczekują i wymagają. Czuję się jakbym była zamknięta w klatce i nie do końca wiedziała, jak z niej uciec. Gorzej, nie do końca wiedziała, czy chcę z niej uciekać. Bo przecież świat poza klatką jest nieznany, pełen wyzwań i przerażający.

„Nie jest Ci dobrze? Przecież masz wszystko, a Ty ciągle tylko narzekasz i wiecznie jesteś naburmuszona i niezadowolona! Ciągle się wściekasz i nie potrafisz docenić tego, co masz.”

No więc… nie, nie jest mi dobrze. Moja codzienność to balansowanie na granicy „jest umiarkowanie ok” i „nienawidzę swojego życia”, przy czym to drugie w znacznej mierze przeważa. Wybucham złością bez powodu, wpadam w otchłań depresyjnych myśli i nastrojów, w wir smutku i rozżalenia, z którego nie potrafię się żadną siłą wyrwać. Czuję się niezrozumiana, ale kiedy próbuję otwarcie komuś o tym mówić, spotykam się z falą jeszcze większego niezrozumienia. „Wymyślasz sobie, po prostu weź się w garść!”

Ok! Moje demony, przybijmy sobie piątkę, pora się ze sobą zaprzyjaźnić!
Dobre sobie.

W takich chwilach, jak teraz tęsknię za dniami, kiedy było mi lepiej, kiedy czułam się dobrze i kiedy lubiłam życie. Zdarzają się takie „lepsze okresy” od czasu do czasu, jednak dość sporadycznie.
Czy to był powód, dla którego nic tu nie pisałam? Na tym blogu, który był moim małym, cichym marzeniem, wspieranym tylko przez pojedyncze osoby? (Bo przecież „masz 25 lat, zajmij się pracą, domem, a nie bawisz się jak małe dziecko w pisanie pamiętnika”.)
Po części pewnie tak. Czy mogłam pisać, kiedy było mi dobrze? Mogłam, jednak wmawiam sobie, że te okresy były zbyt krótkie, żeby napisać coś optymistycznego, a nie chcę, żeby Figabezmaku wyglądała tak, jak mój nastrój przez ostatnie miesiące. Może tak naprawdę brakowało mi polotu, swoistego flow podczas pisania? Tak, żeby zdążyć przed deadlinem, któym jest kolejna fala smutku? Może tak bardzo chciałam przekazać jakąś wartościową treść, idealną w każdym calu, że kończyło się na stwierdzeniu, że przecież się do tego nie nadaję, bo nie jest to perfekcyjne.
Prawdopodobnie wszystko po trochu.

Byłam ostatnio na urlopie. Takim prawdziwie wypoczynkowym. Takim na którym nie biega się 20 kilometrów dziennie, żeby jak najwięcej zwiedzić, tylko na którym do późnego śniadania ogląda się anime, a potem drepcze przez 2 kilometry lasu na plaże, siada się na niej tyłkiem i po prostu się odpoczywa. Było super, Stegno – tęsknię!

W trakcie wyjazdu myślałam co dalej zrobić ze sobą, swoimi zainteresowaniami i pasjami. Myślałam także o blogu. Chciałabym, żeby przeszedł rewolucję, nie tylko w kwestii merytorycznej, ale też wizualnej. Szablon bloga wygląda dokładnie tak, jak tego chciałam, a jednak potrzebuję zmiany. Obiecuję samej sobie pracować nad częstotliwością wpisów (bo raz na pól roku to za mało), chciałabym także skupić się wokół kilku głównych zagadnień. Ostatnio jestem trochę żywiej zainteresowana tematyką kaligrafii i bullet journal, życia w rytmie slow, mindfulness. Oklepane? Może i tak, ale nie przejmuję się tym. Chciałabym również zatrzymać się w tematach podróży (a przez to mieć też więcej motywacji, aby ruszać tyłek z domu), programowania (zaczynam właśnie studia!). Chciałabym po prostu obrać jeden, główny kierunek, ze dwa poboczne i się ich trzymać. Tak, żeby chociaż tutaj był jakiś sens i jakaś logika.

Chociaż dziś mija kolejny dzień z czarnej serii, kiedy wszystko wali się kawałek po kawałku, a ze mnie uchodzą resztki sił, żeby z tym walczyć, to nadal próbuję. Skoro życie mi nie wychodzi, niech chociaż żyje mój blog.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *